Napis- Centrum Kultury w Gdyni

Moja ocena:
starstarstarstarstarstarstar7/10

 

Centrum Kultury w Gdyni jest miejscem, gdzie za niewielkie pieniądze możemy obejrzeć sztukę na największym poziomie. Bardzo się cieszę, że już tyle lat istnieją i się rozwijają. Dają szansę i młodym i doświadczonym aktorom na rozwijanie się w kolejnych rolach, a nam możliwość obejrzenia przedstawień na które nie ma miejsca w miejskich teatrach. Od lat współpracują z artystami czynnie działającymi w teatrze Muzycznym- więc cokolwiek wystawiają, idę!

Tym razem było troszkę inaczej, ze spektaklem było mi wciąż nie po drodze. Jednak przyjaciółka puściła mi wersję zrealizowaną przez teatr TV, po której obie zgodnie stwierdziłyśmy, że trzeba zobaczyć naszą realizację.

Wiecie jak to jest- znacie już jakąś wersję, więc zwykle się do niej przyrównuje. Przyrównuje, więc nie ma opcji, żeby to drugie, nowsze było lepsze. Tutaj właściwie chciałam wyłącznie porównać obie wersje, ale patrząc na obsadę Teatru TV nawet nie myślałam (mimo, że aktorów Gdyńskich uwielbiam!), że nowa wersja może mi się aż tak spodobać.

Co ciekawe, w obydwu przypadkach tłumaczeniem zajmowała się Barbara Grzegorzewska, więc można było spodziewać się po prostu tego samego tekstu. Właściwie przy pierwszej przejażdżce windą w epilogu spektaklu, osoby zaznajomione z głównym tematem rozmowy w spektaklu zauważyły zmianę. Poza samym tłumaczeniem bardzo podobała mi się lekka dekonstrukcja fabuły i poskładanie jej na nowo. Oczywiście mówimy tutaj o drobnych zmianach, jednak wspaniale one wpłynęły na dynamikę całego spektaklu. Zdecydowanie mieliśmy tu do czynienia z tragi farsą. Ponieważ pod tym rubasznym śmiechem kryła się gorycz prawdy. A to czasem boli.

Aktorzy- każdy jeden bez zarzutu. Świetnie dobrani w dwie dopełniające się połówki. Może czasem Magdalena Smuk troszkę za mocno się miotała na scenie- ale to chyba wyłącznie moje skojarzenie z Krystyną Jandą, za którą na scenie niezbyt przepadam. Andrzej śledź i Ewa Gerlińska- klasa sama w sobie! Ten ich tembr głosu…

Kolejny już raz okazało się, że nie chodzi tu o wielką scenografię, wspaniałą muzykę, czy mistrzowskie wręcz nazwiska. Nic dodać, nic ująć- brawo!


Jedyne, czego mogę się przyczepić to filmiki. Dlaczego, dlaczego, dlaczego…kiedy ktoś wysiada z windy, pierwsze co robi idzie schodami dalej?

Zaszufladkowano do kategorii Centrum Kultury w Gdyni, farsa, Gdynia, teatr dramatyczny, tragi- farsa | Otagowano , | Dodaj komentarz

Notre Dame de Paris- OBSADA- Teatr Muzyczny w Gdyni

Moja ocena:
starstarstarstarstarstarstar7/10

OBSADA:

t500_plakatnddpESMERALDA: przede wszystkim warto zwrócić uwagę na wiek „naszej” Esmeraldy. jakieś 15 lat różnicy na naszą korzyść. Słowa o jej dziewictwie nabierają wreszcie sensu. Jednak Esmeralda nie jest moją ulubioną postacią, i chyba nie zostanie.

  • Ewa Kłosowicz– Rola zagrana poprawnie, ale bez rewelacji. Czasem miałam wrażenie, ze jednak debiut aktorkę przerasta, nie potrafi odnaleźć się na scenie i po prostu po niej. (14/09/2016),

    No nie. Nie widzę tu większych szans na poprawę i mam nadzieję, że prędko na tę panią nie trafię. Przykro mi, jednak bardzo słabo jej to wszystko wychodziło. W scenie, gdzie Phoebus siedzi z nią na łóżku i właściwie śpiewa, że już chce ją zaliczyć- miała minę przerażoną i bliską rozpaczy. Ok- pomyślałam, że widocznie czegoś wcześniej nie zrozumiałam i ona, niczym Fantine, nie chciała mu się oddać, więc zaciska zęby, żeby jakoś to przetrwać. Jednak kiedy otworzyła usta i zaczęła śpiewać, jak bardzo go kocha i chce się z nim przespać zaniemówiłam- już takiej dwubiegunowości na scenie nie widziałam dawno! To jeden z przykładów, niestety. (28/09/2016)

  • Maja Gadzińska– zdecydowanie póki co numer jeden! Zarówno wokalnie, jak u aktorsko genialna. Mimo niewielkiego czasu od premiery potrafi bawić się rolą, co nie często się zdarza. Nic dodać, nic ująć! chodzi. Wokalnie radziła sobie bez zarzutów. (16/09/2016)

QUASIMODO: niewątpliwie najtrudniejsza do odegrania postać. Dlaczego? Bo trzeba zmierzyć się z legendą. Łatwo nie było…

  • Janusz Kruciński– Aż dziwnie zobaczyć Go na naszej scenie. Bardzo się cieszę, że to własnie on będzie mógł w swoje CV wpisać główną rolę tego spektaklu, choć niestety do oryginału mu daleko. Brakowało przede wszystkim tak charakterystycznej chrypki i trochę brudnego głosu. Choć wychodząc, w głowie wciąż mam rozrywająca pierś pieśń  „Tańcz ma Esmeraldo”- przypomniały mi się czasy francuskiej barykady, a przede wszystkim to, jak potrafi być delikatny w gestach i śpiewie.(14/09/2016)

  • Michał Grobelny– Aktor początkowo mi nie znany, więc korzystając z narzędzi XXI w. wiem, że z aktorstwem miał nie wiele wspólnego. Znany z programów TV, których raczej nie za wiele oglądam. Więc sporym zaskoczeniem, był jego występ, który był po prostu genialny. Nie da się inaczej tego opisać. Był wspaniale zły i brutalny, później porażał skromnością, a dobroć w kierunku Esmeraldy wręcz wylewała się z jego serca. Każde jego wyjście było wspaniale dopracowane.(16/09/2016)

    Chłopak był faworytem już po moich ostatnich odwiedzinach, ale widać jeszcze większe postępy przy pracy nad rolą. W końcu był głównym bohaterem na scenie.(28/09/2016)

GRINGORIE: trubadur, który wprowadza nas w czas katedr. Opowiada, wtrąca się, rozmawia i scala opowieść.

  • Maciej Podgórzak– ojej.. ciężka sprawa, totalnie mi się nie spodobał. Niestety- piosenka wprowadzająca w spektakl była tak fatalnie zaśpiewana, że zastanawiałam się, czy ja chcę wchodzić w tę historię! Ale już naprawdę źle było przy „Lune”. Bałam się, po prostu się bałam, czy on zaśpiewa do końca. Już tak się męczył, tak bardzo krzyczał, że naprawdę miałam ochotę ukrócić jego cierpienia. Po prostu nie. (14/09/2016) (16/09/2016)

  • Jan Traczyk – tragedia! Może nie wokalnie, bo tu był lepszy, ale wizualnie- no błagam! Wyglądał jak nastolatek, z bardzo źle dobraną peruką. W scenie w burdelu wyglądał wręcz jak dziecko, które po raz pierwszy za kanapą znalazło gazetkę ojca /choć w tych czasach chyba nieodpowiednią stronę www/. Nie wyglądał nawet na trubadura, czy poetę, który widział już wszystko. Wiem, że w oryginalnej wersji tę postać odgrywa osoba młoda- ale bez przesaaaaady.  (28/09/2016)

FROLLO: Nie znam się totalnie na muzyce, tonacjach i tak dalej- jednak ta postać w którejkolwiek obsadzie jest po prostu dobrze zagrana.

  • Artur Guza (14/09/2016), (28/09/2016) – GE-NIAL-NY! Ta myśl hulała mi po głowie przez wiele wiele godzin po spektaklu. Aktor jak dotąd niedoceniany. Czasem coś skomponował, czasem zaśpiewał solo w koncercie sylwestrywym- jednak zawsze był gdzieś tam skrywany. I nagle wypłynął, na suchego przestwór oceanu- i dał popis. Jego głębia głosu, opanowane, wyważone gesty, przenikający wzrok- majstersztyk! (16/09/2016)

  • Piotr Płuska– myślę, że wystąpienie Artura Guzy było dla mnie tak szokująco dobre, że jemu nie udało się go przebić ani dorównać- nie mniej jednak, nie znaczy to, że było źle. Z męskich ról uważam, że jest w ścisłej czołówce

PHOEBUS: rola dla mnie nijaka- zarówno w polskiej, jak i w oryginalnej wersji. Nigdy nie rozumiałam decyzji Fleur i Esmeraldy.

  • Przemysław Zubowicz- śpiewał poprawnie, aktorsko też niezły. Po prostu nie jest to ciekawa postać, a z tym nie wiele mógł zrobić.(14/09/2016), (16/09/2016)

Maciej Podgórzak– zdecydowanie jest moim numerem jeden jeśli chodzi o aktorów grających Febusa. W piosence „Dręczy mnie” był wprost genialny i tak jak wcześniej była ona dla mnie bardzo monotonna i nudna- tutaj zdecydowanie odżyła. Choć jak wchodził w tej rozpiętej koszuli z włosami zaczesanymi do tyłu to wyglądał jak Danny Zuko Grease) (28/09/2016)

CLOPIN:

  • Krzysztof Wojciechowski– gdy zobaczyłam jego nazwisko przy ogłoszeniu obsady- wiedziałam, ze sobie poradzi. Nie myliłam się, był wspaniały! To ADHD na scenie, to piękne zawodzenie wokalne, zabijanie wzrokiem. Majstersztyk!(14/09/2016) (16/09/2016)

  • Łukasz Zagrobelny (28/09/2016)- zupełnie inny- ale równie dobrze zagrany. Postać nie jest aż tak szalona i opętana, ale za to jest wspaniałym przywódcą, a którym każdy by poszedł! Ciężko było nie kojarzyć go  z Enjorlasem z Les Mizów-a w momencie, kiedy rękę zaciśniętą w pięść kierował w górę słyszałam w głowie „jeszcze dzień i będzie szturm- wolność jest na barykadach!”. Wokalnie petarda! Śpiewa łagodniej niż Wojciechowski, ale w tym wypadku nie jest to niedogodnością.

FLEUR DE LYS– wredne babsko. Co ten Phoebus w niej widział- nie wiem.

  • Weronika Walendziak– wielkie zaskoczenie. Pierwszy raz na scenie, bez wykształcenia aktorskiego- radziła sobie wspaniale! Przykre to, że czasem biła na głowy koleżanki- aktorki.(14/09/2016), (16/09/2016)

  •  Kaja Mianowana(28/09/2016)- przede wszystkim zupełnie inna interpretacja postaci. Kaja, jak dla mnie była taka zimną suką, która z premedytacją rozkochała Phoebusa, a później trzymała w garści i podjudzała. Scena, gdzie on śpiewa, że chciałby zajrzeć pod jej sukienkę, jest najlepszym tego przykładem- siada z premedytacją na nim okrakiem i śpiewa, że w sumie może ją już dziś mieć, jeśli tylko rozkaże powiesić Esmeraldę. I wskażcie mi faceta, który błąkając się od paru dni myśli tylko o jednym- nie zgodzi się zrobić wszystkiego, żeby tylko ***. Więc biedak poleciał, a blond Barbie wygrała. Kaja okropnie wyglądała w peruce.

Piękne tło całego spektaklu tworzyli tancerze oraz akrobaci. Często wykonywali triki bez zabezpieczeń na wysokościach- ale byli na tyle plastycznie umieszczeni w scenie, że przy „wizycie” głównych bohaterów byli dla nich wyłącznie tłem. Scena z dzwonami zapierała  dech w piersiach- zwłaszcza w momencie, kiedy odpinali zabezpieczenie i dyndali bez niego.

Więcej na temat spektaklu:

Notre Dame de Paris-SPEKTAKL-Teatr Muzyczny Gdynia

Zaszufladkowano do kategorii Gdynia, musical, Notre Dame de Paris, Teatr Muzyczny im. D. Baduszkowej | Dodaj komentarz

Notre Dame de Paris-SPEKTAKL-Teatr Muzyczny Gdynia

Moja ocena:
starstarstarstarstarstarstar7/10

Tam gdzie jest cudów blask!


Notre Dame de Paris… Który teatr nie chciałby tego wystawić? Prawdę powiedziawszy nie sądziłam, że po aferze z „nadużyciem” praw licencji będzie nam jeszcze dane zobaczyć ten spektakl gdziekolwiek na Polskiej scenie i to w formie regularnie granego spektaklu. Oglądając sam spektakl, ale również wszelkie materiały promocyjne wiemy jedno- warunkiem koniecznym do jego wystawienia było zakupienie pełnej licencji. Tak więc mamy identyczną choreografię, scenografię prosto z Paryża, stroje zbliżone do pierwowzorów a naszą obsadę wybierali twórcy całego widowiska.Castingi było ponoć długie i męczące, terminy ulegały zmianom, a francuscy twórcy mieli problem z wybraniem tych „naj”. Czy one były faktycznie konieczne- niestety mam wątpliwości.

Fakt, że z odtwarzaniem spektakli „identiko” mamy nie wiele wspólnego, nie ułatwiał pracy nad spektaklem. Może nie wszyscy wiedzą, ale szczycąca się prawami „non replica prodakszyn” ROMA, nie jest jedynym teatrem, który takie właśnie prawa do swojego spektaklu otrzymuje. Przeważnie teatr jest zobligowany do tworzenia całego spektaklu na nowo trzymając go w pewnych ramach. Więc być może z tego powodu też ciężko oglądało się przedstawienie, które było… marną kopią oryginału.Języka francuskiego nie znam w ogóle. Wiem jedynie, w jak śpiewne fragmenty układał się w songach ze spektaklu i jak wiele emocji nimi potrafił przenieść. Niestety, usłyszenie tej wersji przetłumaczonej trochę to wszystko burzy. I oczywiście wiem jak funkcjonuje teatr, mam świadomość, że po francusku śpiewać nie będą. Ale: tu brzmiało trochę jak marny dubbing. Widzimy obraz ten sam, te same stroje, ta sama choreografia- z daleka nawet aktorzy podobni. I nagle słyszymy inny dźwięk, niż zwykle. Tak więc to, co zwykle rozpraszało tego typu dyskomfort przy usłyszeniu polskiej wersji spektaklu, musiało zostać w nienaruszonym stanie- a to, było dla mnie początkowo ogromną przeszkodą.

Zastanawia mnie czasem, jak wygląda proces tłumaczenia spektaklu i co autor miał na myśli pisząc „oczy piękne jak granatu dno”? Czasem poziom poezji w nim mnie przerasta. Tak czy inaczej z każdym spektaklem jest już lepiej- zapominam o poprzednich znanych mi wersjach i już na naszym się nie muszę tak skupiać, co pozwala bardziej się cieszyć sztuką.

Widać, jak wiele fotomontaż francuskiej wersji zapełniał pustek na scenie, ponieważ było sporo momentów, kiedy była ona zwyczajnie opuszczona. Stoi aktor przy lewej kieszeni, drugi przy prawej- a po środku wyświetlona rozeta. I całą piosenkę stoją. Serio?! Wypuściliśmy coś takiego na scenę? Już spektakl Józefowicza był bardziej przemyślany.

Szkoda, że spektakl był wykupiony z pełnymi licencjami, co pewnie było warunkiem koniecznym, aby w ogóle móc wystawić tę sztukę. Ale uważam, że scenografię spokojnie moglibyśmy urozmaicić. I nie chodzi o to, że ta jest zła, nie trafiona. Ale bardzo dobrze jest móc porównać różne wersje tego samego spektaklu. Choć obawiam się, że pozwolenia na to nie dostaliśmy ze względu na obawy, że będziemy mieli po prostu lepiej.

Niestety, niektóre piosenki były i są monotematyczne. Ile można śpiewać, że on jest taki piękny, i że obie go kochają. Z jednej strony scena rozciągnięta niczym w operze, żeby ludzie załapali akcję, a innej, ważniejsze rzeczy są często powiedziane raz, gdzieś mimochodem- i jak tego się nie wyłapie, można pogubić się w akcji.

Jednak brak akcji na scenie pozwalał przyjrzeć się temu, na co pozornie nie zwraca się uwagi, a właściwie scenografia i kostiumy bez tego obyć się nie mogą- oczywiście chodzi mi o światło. Pięknie zgrane z muzyką, czasem posiadające swój własny układ. Fajnie, że rozeta, która jest wyświetlana na środku nie jest tworzona poprzez jeden refletkor- dzięki temu każdy z jej „płatków” może się oddzielać i tworzyć cuda na scenie. Czasem jednak, i to na wszystkich spektaklach, światło drży. To są chyba te reflektory sterowane ręcznie i stąd ten brak stabilizacji- cóż, jesteśmy w teatrze, więc nie wszystko zawsze wychodzi perfekcyjnie.

Bardzo też podobała mi się gra kolorów, w szczególności w końcowych scenach. Czerwień i biel przeplatały się, symbolicznie wskazując dobro i zło. Najciekawszym momentem było zdecydowanie światło rzucane na księdza w trakcie piosenki „Księdzem być”- piosenka wykonana przy białym oświetleniu, które na koniec zostało przeplecione czerwonymi smugami, symbolicznie oddając jego jasną i ciemną stronę czynów.

Trochę przeszkadza mi brak pomyślunku przy tworzeniu spektaklu. Bo niby po co Esmeralda ma tak ogromną klatkę? 3 piętra- jak dla księżniczki! Problem w tym, że wszystko dzieje się na parterze, a dwa wyższe tylko „wyglądają”. Po co tak? Ale numerem jeden jest przekazanie gwizdka przez Quasimodo do rąk Esmeraldy, aby mogła zawiadomić go, gdy będzie w niebezpieczeństwie. Wychodzi na to, że zabrakło jej oddechu aby zagwizdać, bo poza tą sceną gwizdek się już nie pojawił. I gdzie zasada, że jeśli na scenie jest broń, to ona wystrzeli?

Dodatkowo zawsze mam obawy, kiedy w płóciennej torbie/worku na takich cieniutkich ramiączkach wieszają poetę/ Nie wiem z czego to jest uszyte, ale mam nadzieję, że to któregoś razu nie zerwie się.

Coś, co z pewnością mi przeszkadzało to brak prawdziwej gdyńskiej obsady. Jak się okazało, pożyczone osoby i tak nie do końca radziły sobie w swoich rolach. Być może też występ na tak wielkiej scenie (właściwie największej w Polsce) przed tak ogromną publicznością był największym wyzwaniem z jakim się spotkali i jednak trema nie pozwoliła im do końca rozwinąć skrzydeł. Jak wiadomo, obsadę wybierał reżyser pierwowzoru. Castingi były mordercze, długie, i często bezskuteczne. I tak oto w końcu wyłonili garstkę aktorów, bo umówmy się, obsadowo ten spektakl jest malutki. Dziwnie ogląda się na naszej scenie zapożyczonych aktorów. Z takich zagrywek póki co słynęła ROMA, a teraz my idziemy tym tropem? Nie najlepiej to wróży. Całe szczęście we wrześniu wkroczy Wojciech Kościelniak i ponownie zobaczymy prawdziwy teatr Muzyczny na deskach.

Jako, że w spektaklu, wyjątkowo, bierze udział masa aktorów „zapożyczonych”- część nazwisk nie mówi mi nic. Bardzo szkoda, że teatr nie postarał się o opisy danych aktorów na stronie. Zakup programu również okazał się utrudniony, ponieważ były one sprzedawane wyłącznie na dole przy wejściu. Wygląda to tak- pani bileterka sprawdza bilety tłumom gości. Mamy dwa, lub trzy wejścia, na wpuszczenie ponad 1000 widzów. Więc nie bardzo chce człowiek przeszkadzać, kupować pomiędzy biletami ten program, bądź, nie daj Boże, wstrzymać kolejkę stworzoną z napierającego już tłumu. Liczyłam na taki zakup w przerwie- ale na górnym foyer pań z programami brak. Gdzie ten mały stoliczek? Gdzie stały punkt zakupu programów? Powstała piękna gablotka prezentująca wszystkie dostępne gadżety ze spektakli- ale nawet w niej, informacji o miejscu zakupu brak.

Ale chyba najpiękniejszą rzeczą, którą dostrzegłam w dzisiejszym spektaklu (28/09/2016) był dyr. Igor Michalski. Naprawdę przyjemnie było na niego spoglądać jak obserwuje akcję na scenie i oklaskuje swoich aktorów. Na bisie nawet pośpiewał! Fajnie, w końcu widzę, że jest częścią tego teatru, co oznacza jedynie, że dźwigamy się po burzliwych zmianach.

Tak więc zawitam pod koniec sezonu i zobaczę jak tak wyglądają sprawy na froncie.Przy okazji kolejnych odwiedzin tego spektaklu, trafiłam na dzieci wśród publiczności. Nie można jeszcze nazwać ich nawet wczesną młodzieżą. Bardzo zastanawiało mnie, jak one odbierają tę sztukę. I czy aby na pewno nauczyciel dobrze zrobił, zabierając taką młodocianą gromadkę na ten spektakl? Może jest widowiskowy, ale trudny. Nie napiszę, że brutalny, bo faktycznie takie morderstwa nie robią już na dzieciach wrażenia, ale nie sądzę, żeby przekaz był dla nich czytelny. Boję się, że jedna trudna sztuka może je zrazić do teatru na zawsze.Oczywiście wiadomo, że to dopiero rozgrzewka, i za parę miesięcy spektakl będzie o niebo lepszy.

Więcej na temat obsady:

Notre Dame de Paris- OBSADA- Teatr Muzyczny w Gdyni

Zaszufladkowano do kategorii Gdynia, musical, Notre Dame de Paris, Teatr Muzyczny im. D. Baduszkowej | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kabaret OT.TO- nagranie programu ŻARTY I BARDY

Moja ocena:
starstarstarstarstarstarstarstarstarstar10/10


Kabaret OT.TO- imię mojej pierwszej miłości. Ponoć, jeśli w niej trwasz przez 5 lat- będzie trwała wiecznie. Niech więc trwa…


Strona poświęcona wszelkiej sztuce teatralnej. Właśnie w trakcie odnowy i przenosin.Czemu więc Kabaret OT.TO jest pierwszym wpisem? Bo bez nich, pewnie moje życie pobiegłoby zupełnie innymi ścieżkami.

Wiele im zawdzięczam- nieświadomie byli ze mną w bardzo ciężkich chwilach, ale przede wszystkim, w tych najszczęśliwszych. Dążąc do wyjazdów na koncerty nauczyłam się, że nie ma na tym świecie rzeczy niemożliwych- wystarczy upór i cel zawsze zostanie osiągnięty Kiedy nie miałam jak dotrzeć na jakiś koncert chodziłam po rodzicach ledwo poznanych koleżanek i co ważniejsze- zawsze udało się kogoś znaleźć, aby ze mną pojechał na drugi koniec Polski. Otworzyli mi uszy na wiele pięknych polskich piosenek, których prawdopodobnie w życiu bym nie poznała, gdyby nie minikoncerty życzeń. Po raz pierwszy przekroczyłam próg teatru Muzycznego w Gdyni oraz teatru Syrena- nie wiedząc jeszcze wtedy, że staną się moim drugim domem. Osiągnęłam level:expert jeśli chodzi o włamywanie się za wszelkie kulisy sal koncertowych bądź teatrów, i tę umiejętność szanuję najbardziej, gdyż przydaje mi się do dziś. Dzięki wszelkim telewizyjnym realizacjom zobaczyłam jak wyglądają wszelkie kabaretony na żywo i w TV- ale również, że brak hamulców w samochodzie nie jest przeszkodą, żeby na takie nagranie dotrzeć.

„Kabaret OT.TO będzie miał swój własny program w TV.”

zibTo dopiero żart- pomyślałam! Nie, żebym nie wierzyła w swój ulubiony kabaret. Bynajmniej- wiem, że są super inteligentnymi facetami i niestety na tle głupkowatych kabaretów gasną. Gasną, ponieważ społeczeństwo nie chce wysilać swoich półkul i myśleć, więc telewizja zasypuje nas programami na miarę jej widzów. Na szczęście sam tytuł „Żarty i Bardy” zasugerował, że jednak pójdziemy w zupełnie inny nurt, który w telewizji dawno nie zagościł.

W niedzielę wieczorem był premierowy odcinek programu w TVP2. Z niemałą obawą zasiadłam przed telewizorem. Wiadomo-kabaret jest świetny, ale co z tego zrobią montażyści? Co władze telewizji narzucą za program? Nie wiadomo…Klasa. To były pierwsze słowa, które wypowiedziałam wyłączając telewizor. Naprawdę, żadna sympatia do gospodarzy nie przyćmiła mi oczu- program jest po prostu genialny! Zachowane tempo, dużo zmian, ciekawe rozmów i ciekawi goście. W końcu ci „niszowi” artyści mogą się gdzieś pokazać.Zaczęłam się nawet zastanawiać nad portretem psychologicznym ich fana. Właściwie bardowie byli mi znani. Piosenki ze starych czasów jeszcze bardziej. Czy to znak, że OT.TO nas tak wychowało i ukierunkowało, że poza nimi samymi mamy inne zainteresowania podobne? Naprawdę zaczęła mnie ta kwestia bardzo nurtować.

Dzięki uprzejmości menażera Kabaretu- Roberta Chmury- udało mi się otrzymać wejściówkę na nagranie.Plany oczywiście wyglądały początkowo inaczej, ostatecznie skończyło się na porannym nadrabianiu spraw koniecznych do wykonania w pracy, następnie bieg do auta i przemierzenie trasy Gdańsk- Warszawa w niemożliwym czasie.

img_2004Jest. Telewizja Polska. Woronicza 17. Któż z nasz nie kojarzy tego adresu? Ile z nas zazdrościło osobom, które z jakiegoś powodu miały możliwość odwiedzić to miejsce, bądź zaadresować kopertę tym adresem, licząc, że wygra się jakiś konkurs? W końcu mogłam spełnić to swoje malutkie marzenie z dzieciństwa.

 

Jak to zwykle bywa, w telewizji wszystko jest większe, nie tylko kilogramy u kobiet. Tak więc nie sądziłam, że studio, które zobaczę będzie oszałamiających wielkości. Tak faktycznie było- jednak niesamowitą dla mnie rzeczą jest magia świateł i ujęcia. Jak coś, co wygląda okropnie tandetnie, może na szklanym ekranie wyglądać tak fantastycznie? To jest magia… Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić w teatrze- w telewizji- tym bardziej.

img_2005Prawda jest też taka, że programy same w sobie są bardzo ciekawe, ale jeszcze ciekawiej się robi, kiedy coś się sypie. Wtedy trzeba scenę powtarzać, a my udajemy, że to się dzieje po raz pierwszy. No i znów powtórka, i znów. Bo nie to światło, ustawienie horyzontalne bądź pomyłka. Pomyłek było parę- najśmieszniejszą zdecydowanie, kiedy Wiesław Tupaczewski zapominał tekstu jednej z ostatnich zwrotek.Zawsze tej samej. Przy trzecim podejściu(?) wszyscy chyba go wspieraliśmy i telepatycznie przypominaliśmy tekst piosenki- bo mimo, że mimo się na nich na scenie patrzy (nawet, gdy w kółko śpiewają tę samą piosenkę), wiadomo, nagranie musi iść dalej. Tak więc siedzieliśmy w pełnym skupieniu. Na znak robiliśmy  „ochy i achy”. Dochodzimy do TEJŻE zwrotki. Zaśpiewa? Nie zaśpiewa…? Ta myśl dudniła już w naszych głowach.Uff… udało się! Zaśpiewał! Lecimy dalej! Choć najpiękniejszym chyba momentem był strach w oczach widowni, kiedy reżyserka wstrzymała nagranie- a falą ku przodowi rozniosła się wieść, ze trzeba powtórzyć całą rozmowę z bardem- bo się nie nagrało.

Nagranie było bardzo intensywne- 4h pracy non stop ekipy. Ja byłam padnięta- nie potrafię sobie wyobrazić nawet, jak bardzo wyczerpujące było to dla całego Kabaretu, który musiał nad tym  czynnie działać pewnie od rana.

 Miałam okazję uczestniczyć na sporej ilości nagrań telewizyjnych wielu stacji, ale muszę przyznać, że niezmiennie współpraca z TVP zawsze pokazuje klasę. Tyle sprzętów, tyle osób zaangażowanych- po prostu robi wrażenie! Wiemy również jakie są efekty tej pracy- wspaniały programy. Pełen dynamiki, zmian, zaskakujących momentów. Mimo, że czasem rozmowy na kanapie się dłużyły- materiał został pięknie skrojony. Chyba po raz pierwszy po obejrzeniu programu, w którym miałam okazję uczestniczyć, mogę powiedzieć szczerze, że nikt tego nie popsuł. Ba, podrasowali go na maksa.

 Panowie, co tu dużo mówić- świetna robota!

otto-1


Gorąco zachęcam do zaglądania na oficjalny funpage Kabaretu OT.TO oraz samego programu „Żarty i Bardy”

Zaszufladkowano do kategorii Kabaret, nagranie TV | Otagowano , , , | 3 komentarze